WYPRAWA
WYPRAWA KOBIECA – KILIMANDŻARO 2009
Relacja z wyprawy 07.10.2009 r
Członkinie Stowarzyszenia pod przewodnictwem alpinisty Leszka Cichego zdobyły masyw Kilimandżaro. W wyprawie uczestniczyła również Ambasador Dobrej Woli UNICEF Małgorzata Foremniak. To pierwsze tego typu przedsięwzięcie zachęcające kobiety do podejmowania wyzwań oraz aktywności społecznej i obywatelskiej.
Wyprawa kobieca wyruszyła z Warszawy 24 września 2009. Po pięciodniowej wędrówce pod przewodnictwem Leszka Cichego grupa kobiet wspięła sie na najwyższe punkty masywu Kilimandżaro. Trzy uczestniczki dotarły do wysokości ostatniej bazy Kibo (4700 n. p. m.), kolejne pięć wspięło sie na wysokość brzegu krateru Gilman’s Point (5681 n. p. m.), a trzy, w tym Małgorzata Foremniak, zdobyły Uhuru Peak (5895 n.p.m.).
To ogromny sukces tak dużej grupy, której członkowie zawodowo nie zajmują się sportem. Jest to wyprawa niezwykle trudna ze względu na konieczność aklimatyzacji na dużych wysokościach i zagrożenie chorobą wysokościową. Konsekwencją tego mogą być powikłania zdrowotne i nieprzewidziane reakcje organizmu mogące wystąpić nawet u osób bardzo wydolnych pod względem fizycznym. Dodatkowo, problemy mogą pojawić sie ze względu na znaczne różnice temperatur i ciśnienia atmosferycznego, od punktu startowego do szczytu.
W ciągu 6 dni uczestniczki pokonały pieszo 160 km, przeszły przez tropikalny las deszczowy, wrzosowiska, pustynię, tundrę, śnieżne połacie i obok lodowców –
a wszystko to niemal na równiku. Warunki panujące na trasie nie należały do komfortowych, jednakże były one dodatkową mobilizacją dla uczestniczek by dać z siebie wszystko i mimo ogromnego wysiłku piąć sie pod górę.
Po zejściu z Kilimandżaro członkinie stowarzyszenia odwiedziły sierociniec i szkołę w miejscowości USA RIVER aby przekazać dary dla dzieci i nawiązać bliższą współpracę. W przyszłości mają nadzieję skutecznie pomagać tej i podobnym placówkom. Sukces tej wyprawy sprawia, że Stowarzyszenie Kilimandżaro planuje juz kolejne tego typu przedsięwzięcia aktywizujące kobiety.
Pełny reportaż dotyczący wyprawy ukazał się w grudniowym wydaniu Twojego Stylu.
(tekst Kaja Błachowicz)
Artykuł na stronie Styl24.pl więcej >>>
Galeria wyprawy zobacz>>

Nasza grupa pod Zebra Rock (zdj. Anna Jasińska)
fotoreportaż z wyprawy można obejrzeć na stronie Joli Dziubińskiej naszego fotografa dokumentalisty zobacz >>
Dlaczego grupa kobiet decyduje się na zdobycie najwyższego szczytu Afryki? O tym, a także o pokonywaniu własnych słabości w rozmowie Pawła Brugera z przedstawicielkami Stowarzyszenia Kilimandżaro, które niedawno wróciły z wyprawy…
źródło prasowe.com
.........................................................................................
Jest taka rzecz, której mamy tyle samo. Ci co osiągają wspaniałe sukcesy i Ci co nic ze swoim życiem nie robią. Wszyscy mamy tyle samo czasu, wszyscy mamy 24 godziny na dobę i ani minuty więcej. Różnica jest w tym, jak my te 24 godziny spędzamy.
Staramy się wykorzystać ten czas na coś, co może dać nam przyszłość o jakiej inni będą wiecznie marzyć…
Planujemy w tym roku zdobyć najwyższy szczyt Afryki Kilimandżaro. Jest to cały proces przygotowań, trudna droga, którą musimy przejść zanim wyruszymy na Czarny Ląd.
Zdobycie Kilimandżaro już się rozpoczęło, krok po kroku, malutkimi etapami zbliżamy się do celu.
Nawiązujemy kontakty z przedsiębiorcami, chodzimy na rozmowy i spotkania biznesowe, piszemy setki emaili, wykonujemy tysiące telefonów, współpracujemy z organizacjami pozarządowymi, organizujemy warsztaty……..
Nie zawsze jest tak jak byśmy chciały, nie wszystko idzie gładko. W dobie kryzysu gospodarczego bardzo często spotykamy się z odmową. Rozumiemy sytuację, jak najbardziej, dlatego jest to ogromny wysiłek i przede wszystkim nasze zaangażowanie, żeby pokonać trudności. Łatwiej chyba będzie wspiąć się na szczyt niż zdobyć na to środki. Ale przecież nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Jest to dla nas ogromne wyzwanie. Nie możemy się zrażać, dlatego pomimo drobnych niepowodzeń działamy dalej. Uczymy się na błędach, na własnym doświadczeniu, a efekty naszych działań powolutku zaczynają być widoczne.
Udało nam się wiele i jest to nasz ogromny sukces!
Dzięki firmie Sanofi Pasteur większość z nas jest już po szczepieniach. Tak naprawdę- to najważniejszy element wyprawy. Bez szczepień wyjazd w ogóle nie był by możliwy, a nie ma w życiu nic, co by miało większą wartość niż życie i zdrowie ludzkie.
Właśnie z tego powodu odbyłyśmy szkolenie z udzielania pierwszej pomocy medycznej zorganizowanej przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.
Afryka-to specyficzne środowisko. Ekstremalne warunki, z którymi się zmierzymy, wahania temperatur, choroba wysokościowa. Są to warunki, w których bardzo ciężko utrzymać higienę osobistą. Zadbała o to firma Ziaja, wyposażając nas w niezbędne preparaty przeciw insektom, jak również chusteczki do higieny ciała.
Kolejnym elementem są ćwiczenia na siłowni pod kątem wyspecjalizowanych trenerów z Gymnasionu. Dostałyśmy platynowe karty na wejście, które umożliwiają korzystanie z siłowni w godzinach oraz miejscach dla nas najbardziej odpowiednich. Bardzo cieszymy się, że mamy taką możliwość poprawienia kondycji fizycznej. Zachęcamy też innych, bo przecież sport –to zdrowie. Pod wpływem wysiłku fizycznego nasz organizm staje się istną fabryką endomorfiny. Są to hormony szczęścia, które mają właściwości łagodzące ból aż do wywołania euforii. I przecież oto chodzi, żeby rozsiewać wokół siebie jak najwięcej radości.
A skoro już jesteśmy przy temacie sportu, są też inni, którzy nas w tym wspierają. Firma Alpinus oraz Brubeck wyposażyła nas w niezbędne ubrania, bieliznę termalną oraz sprzęt wyprawowy.Dzięki firmie Yeti poczujemy się komfortowo i cieplutko jak w puchu. A naszą wyprawę wraz ze sprzętem elektronicznym ubezpiecza Ergo Hestia. Wsparli nas też Knoppers oraz Soraya.
Następny etap, to zbieranie darów dla kobiet afrykańskich i dzieci z sierocińca, które mamy odwiedzić w Moshi, przygotowanie materiałów na temat zagrożenia AIDS, higieny osobistej, przedsiębiorczości, nauka języka suahili.
Cały czas prowadzimy rozmowy z ewentualnymi darczyńcami w celu zdobycia środków pieniężnych. Jeszcze wiele przed nami.
Ale dzięki naszym dotychczasowym darczyńcą, którzy mają wspaniałe i wrażliwe serca, gotowe nieść pomoc społeczną, jesteśmy coraz bliżej i bliżej naszej magicznej góry…
(tekst: Irena Kopytowska)
..........................................................................................
Obóz kondycyjny w Tatrach(30.07 – 04.08.2009)
Jesteśmy w dobrym czasie i miejscu – doskonała pozycja by rozwijać się dalej. Jesteśmy we wspaniałym momencie.
Kolejny etap za nami , a Kilimandżaro coraz bliżej. 3 dni wędrówki po polskich Tatrach, dla niektórych z nas trochę dłużej. Sprawdzenie się przed WIELKĄ WYPRAWĄ ,dla mnie WYPRAWĄ ŻYCIA.
Miałam przedsmak afrykańskiej przygody, 11 h marszu pierwszego dnia. Los sprzyjał i pogoda dopisywała przez cały okres pobytu. Dziewczyny dziękowały za wspólny pobyt, świetny humor, mocne zakwasy i piekącą opaleniznę. Jestem opalona na „murarza”. Też chciałam podziękować za opiekę nad synkiem, gdy byłam wysoko, za nowe osoby w stowarzyszeniu, które mają odwagę by marzyć, za niesamowitą wytrwałość koleżanek ,w trakcie wspinaczki, za integrację i siłę wewnętrzną.
Idąc szlakiem i podziwiając widoki, zastanawiałam się jak niewiele potrzeba by być szczęśliwą osobą. Jakie to wspaniałe uczucie poczuć się wolną. Na wysokości 2000m obserwowałam kozice, które z gracją brykały po skałach, oglądałam kwiaty rosnące wśród kamieni i dochodziłam do wniosku, że dla takich chwil warto żyć. Warto żyć, żeby doświadczyć czegoś nowego lub zobaczyć księżyc, który oświetlał nam powrotną drogę przez las. Wystarczy malutka chwila, by stanąć, odwrócić się i dostrzec coś …. czasami dla nas bardzo ważnego. Może to była bajka, bo taką poświatę i blask widziałam tylko w kreskówkach dla dzieci. Kiedyś w książce Bożeny Figarskiej „Żyj z pasją” przeczytałam następujący cytat:
„ Trzeba mierzyć w Księżyc, bo jeżeli nie trafisz, to i tak znajdziesz się pomiędzy gwiazdami.”
A w górach byłam bliżej nieba i gwiazd i Tego Księżyca też….
tekst: Irena Kopytowska
...........................................................................
Dnia 1 sierpnia Roku Pańskiego 2009, poszłyśmy w góry! Ja tak z buta z nocnego PKS'u, Ania Górska i Kaja po zdobyciu dzień wcześniej Giewontu, a reszta to warszawskie świeżynki z sal Gymnasionu - prosto na Czerwone Wierchy! Nie planowałyśmy takiej trasy na początek, ale Ewa rzuciła pomysł, a wyposzczone i stęsknione mocno gór nie oponowałyśmy (mimo dość późnej pory jak na wychodzenie w góry - ok. południa).
Trasę zaczęłyśmy od Doliny Kościeliskiej, dalej czerwonym szlakiem na Ciemniak (2096 m n.p.m.), Krzesanicę (2122) i Małołączniak (2096). Zapewne niewiele osób wie jak zabawne nazwy są ponadawane najróżniejszym miejscom w Tatrach, które mijamy i wydeptujemy na szlakach. Idąc na Ciemniak zdobyłyśmy Upłaziański Wierszyk, Piec i Chudą Turnię. Nie wiemy dokładnie w których miejscach, ale Kaja dzielnie starała się je zlokalizować, dostarczając nam sporo śmiechu.
Po drodze minęłyśmy zmęczone turystki, które postanowiły dać za wygraną i zawrócić:
- Hej, wy też idziecie na Ciemniak? My się wracamy. Jest za późno. Nie damy rady zejść przed zmrokiem.
- Nie poddawajcie się, chodźcie! Zejdziemy niebieskim szlakiem do Przysłopu Miętusiego. Nie idziemy do Doliny Małej Łąki, zdążymy zejść z gór do 21-ej! – próbowała przekonywać Ewa.
- Optymistki! To trudny szlak.
- E, damy radę!
- Musimy tak chodzić – dodała Bożenka.
- Dlaczego?
- Bo to trening przed Kilimandżaro…
Dla mnie nie. Jestem tu nowa. Z niektórymi dziewczynami widziałam się dopiero pierwszy raz. Ale kocham góry i chciałam się sprawdzić. Marzę o dalekich wyprawach górskich. Tam trzeba być wytrzymałą na długotrwały wysiłek i niewyspanie spowodowane choćby zmianą klimatu, czy też ogólnym zmęczeniem. Trzeba dawać sobie radę z babskimi dolegliwościami i… wierzyć w siebie. Egzamin zdałam, choć miałam chwilę zwątpienia. Już kiedyś tę trasę pokonywałam i wiedziałam, że kobieta ostrzegająca nas ma rację. Szybki rachunek czasu na przejście w głowie, rzut okiem na Ewę emanującą radością i energetyczną motywacją, aby iść dalej, nagła myśl, że nie ma szczęścia bez odrobiny szaleństwa i decyzja podjęta. Idę! Już tak dawno nie robiłam nic spontanicznego, szalonego, uwalniającego…
Na szczytach już prawie nikogo nie było. Mimo lekkiej mgły tuż przed Ciemniakiem ukazały nam się od strony Doliny Tomanowej bajkowe, skalne grzebienie, przypominające grzbiety smoków. Przyszło zmęczenie, ale i spokój, wyciszenie, uczucie oddychania pełną piersią. Wiaterek delikatnie muskał rudawą trawkę, obrastającą Czerwone Wierchy. To sit skucina, która jesienią w ogóle tu króluje, czerwieniejąc i przez to nadając masywowi charakterystyczną barwę, od czego podobno wywodzi się jego nawa.
Schodzenie nie było łatwo. Odezwały się niezbyt mocne stawy kolanowe, co spowolniło tempo. Jedynie Ewa zbiegała. Tego nie przewidziałyśmy… Ale nie byłyśmy same. Byłyśmy razem! Pomagałyśmy sobie, a z grani w świetle zachodzącego słońca obserwowały nas kozice. Tego nie kupi się za żadne pieniądze…
- Gdzie ty idziesz! Cofnij się! Spadniesz! Boję się o ciebie! – wołała Ewa do jednej z nich. A my się śmiałyśmy, że te kozice patrzą na nas jak na jakieś kaleki.
Noc nas jednak zastała w górach, ale na szczęście już tylko na odcinku lasu. Szłyśmy w milczeniu. Droga wydawała się nie mieć końca. Miałam dość, potykałam się o kamienie i bałam się spotkania z mniej przyjaznym od kozic, dzikim zwierzakiem. Z daleka słyszałyśmy jakichś ludzi, którym jeszcze się nie udało zejść z gór na bezpieczną wysokość. Idąc noga za nogą wzdłuż potoku, z transu zamyślenia wyrwała mnie nagła jasność. Jakby ktoś rzucił prosto na nas smugę oślepiającego światła wielkiego reflektora. Przestraszyłam się. To było tak niespodziewane! Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że to ci ludzie nas dogonili, jak w jakimś horrorze. Wszystkie w tym samym czasie obejrzałyśmy się za siebie, a tam stał tuż nad horyzontem niespotykanie wielki, okrągły księżyc. Nigdy w życiu nie widziałam tak olbrzymiego i tak nisko zawieszonego na niebie księżyca… Oświecał nam drogę, jakby nagradzając za wizytę w górach, podczas której dałyśmy z siebie wszystko. Poczułam się szczęśliwa i bezpieczna…
W górach staję się minimalistką. Nie muszę jeść dobrych rzeczy, takich z łakomstwa. Jem tylko tyle ile mój organizm potrzebuje. Nie potrzebuję makijażu, kolorowych paznokci, czy butów na obcasie podkreślających kształt łydki… Staję się też maksymalistką – na wrażenia, doświadczenia, przeżycia i na samą siebie. Za każdym razem odkrywam coś nowego i przekraczam kolejną granicę obaw i możliwości. W górach najlepsze jest to, że człowiek przypomina sobie i docenia to, o czym zapomina na nizinach.
(tekst: Małgorzata Werner)

